Ponownie podkreślam, że jestem – jak zwykle – całkowicie szczery: ten album jest wspaniały! Piszę to po jednorazowym jego wysłuchaniu pod koniec lipca (zaznaczam czas, aby wytłumaczyć brak wszelkich komentarzy o tej płycie w odcinkowej historii Yes: cykl produkcyjny naszego pisma kazał zakończyć pracę nad tą mini-biografią zanim omawiany LP doczekał się premiery). Miłośnicy prawdziwego Yes nareszcie odetchną „pełną muzyką”. Anderson bynajmniej nie zestarzał się. Bruford w dalszym ciągu gra w swoim stylu, a Steve Howe pamięta do czego służy gitara. Przede wszystkim jednak słychać Ricka Wakemana, który po latach otrząsnął się z letargu, wywietrzył studio z alkoholowych oparów, zasiadł za klawiaturami i zagrał. Potwierdził swój kunszt artystyczny oraz zaskoczył nową inwencją twórczą. Miło słyszeć, że dawni mistrzowie nie rdzewieją. Dzielnie wspomaga ich na basie „łysy” – Tony Levin.
Po pierwszym przesłuchaniu najsilniej zapadł mi w pamięć dramatyczny „Birthright”, a w uszach pozostał przebojowy „Fist Of Fire”. Najmniej zachwycił także latynoski „Teakbois”, chociaż płyta jest nad wyraz równa i ciekawa. Zdecydowanie mówię „yes” formacji Andersona i spółki, zaś produktom Squire’a, Rabina etc., trzeba będzie powiedzieć „no“.